aneta todorczuk-perchuć
fot. WBF
Pin It

O tym, dlaczego założyła fundację, jak wygląda rywalizacja na planie programu „Mali Giganci” oraz czemu łazienka to bezpieczne miejsce dla każdej mamy opowiada Aneta Todorczuk-Perchuć –mama Zosi i Stasia, żona Marcina, aktorka serialowa i teatralno-musicalowa, wokalistka, założycielka Fundacji „Mamy dzieci” oraz trenerka w dziecięcym talent show.

Zamiast uczestniczyć w większości imprez branżowych, wybiera Pani działalność w fundacji „Mamy dzieci”, którą zresztą Pani założyła. Co skłoniło Panią do zaangażowania się w pomoc wychowankom domów dziecka?

Wydaje mi się, że zawsze byłam gotowa na pomoc. Chodziłam do domu dziecka jeszcze jako nastolatka. Wraz ze szkołą muzyczną, w której się uczyłam często organizowaliśmy koncerty charytatywne dla dzieciaków. Na pierwszym roku studiów zaangażowałam się w pomoc przy organizacji festynów, świąt itp. dla Domu Dziecka nr 9 na warszawskiej Ochocie. Ale czułam, że mogę więcej. Zaprzyjaźniłam się z Agnieszką Chrzanowską, jedną z wychowawczyń. Agnieszka uświadomiła mi, że w najgorszym położeniu znajdują się te dzieci, które wychodzą z domu dziecka. Mieszkając w nim, może nie mają wesoło i kolorowo, ale mają dach nad głową i co zjeść. Natomiast po wyjściu nie mając rodziców i wsparcia, są w bardzo ciężkiej sytuacji. Skazane tylko na siebie albo na ciocie, które nie zawsze są w stanie pomóc. Dostają jednorazową zapomogę od państwa w maksymalnej wysokości jednej średniej krajowej pensji i tyle… A gdzie praca, dach nad głową?

Co daje człowiekowi pomoc drugiej osobie?

Nigdy nie traktowałam pomagania innym w kategorii: co mi to daje. Ale na pewno jestem pełna satysfakcji i dumy, jeśli uda się pomóc choćby jednej osobie.

Czy Pani mąż również działa na rzecz fundacji?

Tak, jeśli tylko może, to pomaga. W prace fundacji angażuję wielu zaprzyjaźnionych artystów. I jestem bardzo im wdzięczna, że znajdują czas i siłę.

A jak odnajdują się w tym Państwa dzieci? Uczestniczą w spotkaniach i akcjach charytatywnych, czy raczej nie są zaangażowane w Państwa działalność?

Uczestniczą na tyle, na ile są w stanie zrozumieć z czym wiąże się problem. Bywają w domu dziecka, na różnego rodzaju imprezach i wiedzą, że są takie dzieci, którym należy pomagać.

Jak wygląda podział ról w Państwa rodzinie? Kto uczy się z dziećmi, a kto się z nimi wygłupia?

Nie ma u nas czegoś takiego jak podział ról. Raczej kto jest, ten robi co może. Teraz mamy pierwsze wakacje od lat, gdy jesteśmy dłużej razem w domu. W końcu bez poczucia, że nas dzieciom brakuje. Starsza córka idzie do IV klasy od września, więc to już nie będą żarty, a poważna nauka (śmiech). Trzeba będzie jej pomagać, czytać, przypominać sobie najważniejsze informacje z historii, geografii itd. Tata nie jest takim typowym ojcem, bo podobno statycznie ojcowie w Polsce poświęcają dzieciom 7 minut w ciągu dnia. U nas jest to zdecydowanie więcej (śmiech).

Czy korzystała Pani kiedyś z poradników, szkoleń, spotkań dla rodziców ? A może stosowała Pani książkowe metody wychowawcze?

Na początku sięgnęłam po parę poradników. Bardzo mnie rozbawiły. Szczególnie te amerykańskie. Natomiast jeśli chodzi o wspierające spotkania rodziców to mam na nie totalną alergię. Zupełnie się w takich pogaduszkach nie odnajduję. Uważam, że każde dziecko jest inne, ma inne potrzeby, dlatego do każdego trzeba mieć indywidualne podejście. Nie da się tego „hurtowo” potraktować, więc takie spotkania rodziców mnie troszeczkę bawią. Nie chcę tutaj oczywiście nikogo urazić. Jak miałam duży problem, z którym nie potrafiłam sobie poradzić, poszłam do świetnej pani psycholog dziecięcej. Odpowiedziała na kilka trudnych dla nas pytań, dzięki czemu rozwiązaliśmy problem.


Spodnie dla niemowlaka (1).png


Czego uczy się Pani od swoich dzieci?

Przede wszystkim słuchać. Ale też wyłączać się po to, aby poświęcić uwagę tylko im. To jest niezwykle trudne w codziennym pędzie. Uczę się również „świeżości” podejścia do życia, otwartości oraz z całą pewnością cierpliwości… Jest to trudne pytanie. Gdybym zastanowiła się dłużej, na pewno znalazłabym mnóstwo rzeczy, które dzięki dzieciom robię lepiej.

Była Pani trenerką w dziecięcym talent show. Program z jednej strony spotkał się ze sporą krytyką za zbyt wczesne wprowadzanie rywalizacji w życie dzieci i poddawanie ocenie. Z drugiej, ma wielu zwolenników i rosnącą widownię. Jak Pani odbiera tego typu rywalizację?

Uważam, że rywalizacja między dziećmi pojawia się bardzo wcześnie. Już w domu rodzinnym, podczas zwykłej gry planszowej, rodzice uczą je wygrywać i przegrywać. W szkole są oceny, konkursy. Dzieci się wzajemnie porównują i nie da się tego uniknąć. Program zebrał specyficznych uczestników. Znalazły się tam dzieci mające naturalną skłonność do występowania przed dużą publicznością, co w przypadku moich własnych dzieci na pewno by się nie sprawdziło. Gdy przychodzą dwie ciocie, wstydzą się powiedzieć wiersz. Z resztą ja miałam tak samo w ich wieku. Natomiast opiekując się moimi dziewczynkami w programie, zobaczyłam, że bardzo dobrze czują się na scenie, przed publicznością. Absolutnie, nikt im tam krzywdy nie wyrządził. Młodsze dzieci sobie doskonale radzą, starsze rywalizację mają w małym palcu, ponieważ co chwilę uczestniczą w konkursach związanych ze swoim hobby i są właściwie na tę rywalizację nastawione. Udział w programie „Mali Giganci” nie różnił się dla nich niczym od udziału w konkursie piosenki w Iławie, czy konkursie tańca w innym mieście. Kluczowe jest w tym wszystkim to, jak podejdą do tej rywalizacji rodzice, jak nimi pokierują. To co dalej się dzieje, zależy przede wszystkim od ich mądrości.

Jest Pani nie tylko aktorką, wokalistką, ale i felietonistką. Pisze Pani o rzeczach różnych, codziennych. Ostatni tekst traktował o intymności mamy  w różnych sferach życia. Czy jest ona w ogóle możliwa? Czy da się choć na chwilę odciąć od rzeczywistości, w której są dzieci?

Tak. Jak zostawi się je pod dobrą opieką i wyjedzie z mężem na tydzień na Maderę (śmiech). Wtedy tak. Poza tym… raczej nie. Tak jak pisałam w felietonie, stoją nawet pod toaletą. Pukają, wołają. Zresztą w tej chwili rozmawiam z Panią telefonicznie i jestem… również w toalecie, żeby było łatwiej i ciszej (śmiech).

A co z prywatnością w życiu aktorskiej rodziny? Czy znaleźli Państwo sposób na „normalne” życie, pozbawione medialnego szumu?

Tak, absolutnie! Staramy się mieć przyjaciół nie tylko z branży, ale również spoza niej. Praktykowaliśmy to, gdy byłam jeszcze studentką. Tak ogólnie, to jesteśmy normalni (śmiech). Nasze życie naprawdę nie różni się jakoś szczególnie od życia naszych sąsiadów, uprawiających inne zawody. Tyle że czasem jesteśmy bardziej zakręceni, mamy większy luz w stosunku do wychowania dzieci. Być może dlatego mówią one na mnie „matka-wariatka” (śmiech). Ale myślę, że jest to na plus dla nich i dla nas.

Które z dzieci bardziej przypomina mamę, a które tatę?

Fizycznie syn jest kopią tatusia, córka jest naszą mieszanką. Przynajmniej tak mówią, ja nie wiem. Jeśli natomiast chodzi o charaktery, nie da się określić. Są podobno mieszani. Podobno, bo rodzicowi ciężko jest powiedzieć. Może komuś z zewnątrz byłoby łatwiej.

Jak w kilku słowach określiłaby siebie Pani jako mamę?

Czasami jestem matką-lwicą, a czasami matką-kwoką. Chociaż z tego ostatniego trochę już wyrosłam i staram się być wyluzowaną mamą… Czasami jestem mamą rozpieszczającą i mam świadomość tego, że postępuję niewychowawczo. Innym razem wydaje mi się, że jestem zbyt surowa i wymagająca w odniesieniu do codziennych obowiązków (np. sprzątania). Ale trudno jest powiedzieć za samą siebie, jaką jest się matką. Staram się być mamą wystarczająco dobrą, ale nie najlepszą. Nigdy nie aspirowałam do tego, by być idealna, perfekcyjna. Zwariowałabym. Jak patrzę na takie mamy, to im współczuję. To na pewno nie ja. Ale dla swoich dzieci zrobiłabym prawie wszystko! W teatrze gram monodram zatytułowany „Matka Polka Terrorystka” –hmm… może nie jestem aż tak ekstremalnie nastawiona, ale stada będę bronić zawsze.

Co jest dla Pani – jako mamy – największym marzeniem?

Banał – żeby były zdrowe. Wtedy będą bezpieczne i szczęśliwe. To jest podstawa. Poza tym chciałabym, aby miały wolność dokonywania wyborów i poczucie, że nie są przez nas wyręczane. Aby czuły, że są przez nas rozumiane i wysłuchane. Mogę o tym marzyć, ale aby tak było, przede wszystkim muszę nad tym pracować.

Dziękuję za rozmowę.

aneta todorczuk perchuć
fot. WBF

 

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny, podziel się nim z innymi.
Pin It
Pozostań też z nami w kontakcie:
- Polub nasz fanpage na Facebooku, a będziesz na bieżąco z najnowszymi artykułami i ciekawostkami ze świata parentingu
- Śledź nas na Instagramie. Znajdziesz tam ciekawe akcesoria dla dzieci, wartościowe książki i relacje z miejsc, w których bywamy :)
- Zapisz się do naszego newslettera. Jako pierwsza/pierwszy otrzymasz dostęp do najnowszych artykułów, konkursów i różnorodnych bonusów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ