Pin It

„No i mamy hita” – ogłosiła na swoim profilu na facebooku Oficyna Wydawnicza RW2010 w zaledwie cztery dni od premiery drugiej części antologii „Macierzyństwo bez lukru”. Patrząc na to, jaką popularnością cieszy się ten zbiór, trzeba przyznać, że faktycznie mamy do czynienia z hitem, w dodatku takim, którego pochłania się w ciągu jednego wieczora. Przyjemność czerpana z lektury zwiększa się tym bardziej, kiedy uświadamiamy sobie, że czytając robimy coś dobrego – pomagamy małemu Mikołajkowi.

Macierzyństwo bez lukru” to inicjatywa matek-blogerek, które rok temu po raz pierwszy postanowiły zebrać swoje teksty, po to, aby pomóc chłopcu choremu na rdzeniowy zanik mięśni typu 1. Popularność antologii oraz cel akcji nakłoniły autorki do wydania kolejnej części, która tym razem skupia się na obalaniu stereotypów, mitów i banałów związanych z macierzyństwem.  Książka ukazała się w postaci elektronicznej, a cały dochód z jej sprzedaży trafia na konto dwuletniego Mikołajka w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą” (małego bohatera można poznać bliżej czytając bloga mikolajkowo.blogspot.com).

Na ogół lubimy ludzi, sytuacje, rzeczy, które są w jakiś sposób do nas podobne, znajome lub z jakiś przyczyn bliskie. Z tego też względu chyba nie sposób nie polubić tej książki. „ O, to tak jak u mnie” – powie na pewno nie jedna mama, która sięgnęła po tę lekturę. „Macierzyństwo bez lukru”  pokazuje bowiem różne strony bycia matką, zwłaszcza te zwyczajne, mniej kolorowe, te chwile, w których puszczają nerwy i najnormalniej nie ma się na nic ochoty – zwłaszcza na wychowanie dzieci. Autorki sprzeciwiają się presji społecznej na bycie DOBRĄ matką, formułując swoje własne definicje oraz szczerze i dosadnie opisując swoją codzienność, która bardzo często odbiega od wyidealizowanego obrazu szczęśliwej Matki Polki.

Tym razem autorki podzieliły antologię na dwie części. W pierwszej z nich, zatytułowanej „Matka to anioł” autorki rozprawiają się m.in. z mitem, że każda kobieta jest stworzona do roli matki, jej miejsce jest zawsze przy dziecku, że odżyje dopiero, gdy odchowa dzieci oraz że siedzi w domu i nic nie robi. To opisy zwyczajnych sytuacji z codzienności: chore dziecko, alergia, dojazd na dodatkowe zajęcia, kontakty z bliskimi, godzenie pracy i życia prywatnego… Druga część – „Dziecko to skarb” – obala przekonania typu „dziecko cementuje związek”, „dziecko niczego nie zmienia”, „jeden uśmiech dziecka wszystko wynagradza” i robi to z dystansem, humorem i powalająca szczerością. Jest różnorodnie – piszą tu autorki o różnych doświadczeniach, różnych spojrzeniach na macierzyństwo i borykające się z różnymi problemami. Znajdziemy tutaj spojrzenie na rzeczywistość matek, które pełnią rolę „tej drugiej”, wychowują dzieci niepełnosprawne, dobrowolnie „siedzą w domu”, zapominają o użyciu kremu na rozstępy („bo się zapomina, bo się ma w zadzie, bo nierzadko człek po wieczornym prysznicu marzy już tylko o randce z poduszką i zwyczajnie nie ma siły rozbełtać na sobie niczego poza pastą do zębów w okolicach żuchwy” – Bajka, radziecki-termos.blog.pl), które wychowanie dziecka pozostawiają ojcu, a same pracują od rana do wieczora, które kpią z przesądu o konieczności zawiązania czerwonej wstążeczki przy wózku, bądź mają czterech synów, co w ocenie społeczeństwa jest porażką, a brak córki skazuje rodzinę na miano „niepełnej”.

Rzecz jasna, książka nie opisuje wyłącznie trudów macierzyństwa i nie skupia się tylko na sytuacjach, w których matka ma wszystkiego dość, ale dzięki takim opisom otwiera pole do dyskusji, pozwala otwarcie wypowiedzieć się matkom, że pełnienie tej roli nie jest usłane różami oraz skutecznie odczarowuje zaklęcia związane z macierzyństwem. „Jestem matką od błędu do błędu, od porażki do porażki. Od czasu do czasu coś mi się udaje” – pisze autorka bloga fjakfrustratka.blox.pl.  Z kolei Dorota Smoleń – Chuda, blogerka z od-rana-do-wieczora.blog.pl, pisze:

„Panuje jakieś dziwne przekonanie o wszechpotędze matki, o tym, że dysponuje mocą co najmniej Ducha Świętego, przenika ściany i czyta w duszach swoich dzieci jak w otwartej księdze, zatem powinna przewidzieć, uprzedzić, zareagować. A każde jej „zaniedbanie” winno być karane pod pręgierzem. Już widzę tych chętnych, nerwowo oblizujących usta Przypadkowych Przechodniów, którzy ustawiają się w kolejce, ściskając pejczyk, by machnąć nim przez plecy matki: za brak czapeczki, za gołe nóżki, za lekceważący stosunek do posiłków („Jak to: nie chce, niech nie je?! Musi jeść!”), za rozwydrzenie bachora („Co to znaczy, żeby dziecko tak leżało i wyło? A w dupę mu przylać!…”), za wychowanie bezstresowe („Kiedyś was siekierą pozabija w nocy!”), za to, że pozwala smarkaczowi biegać po restauracji itd.”

„W mojej definicji macierzyństwa, którą tworzyłam w oparciu o prasę kolorową właśnie, nie było miejsca na negatywne emocje. Ale ja je czułam! I było mi z tym źle. Bo kim jestem – myślałam – jakim złym i samolubnym człowiekiem, skoro bycie mamą okupuję wyrzeczeniami, buntem i ciężką pracą… nad sobą?” – pisze z kolei Ryba, mama Oliwii i Filipa (jamama.blox.pl).

W powszechnym, popularnym dramatyzowaniu i opisywaniu porodu jako traumatycznego przeżycia, miłym zaskoczeniem okazuje się tekst Balderdash, mamy Marysi i Małgosi:

„Urodziłam drugą córkę szybko, aktywnie, cały czas będąc świadomą tego, co się dzieje i jednocześnie czując, że nie kontroluję sytuacji, bo moje ciało wie, jak sobie radzić z porodem. Byłam zachwycona. Byłam jak na jakimś haju. A Małgosia okazała się dzieckiem spokojnym i łatwym w obsłudze. Nie musiałam dochodzić do siebie po porodzie – z powodu aktywnego uczestnictwa nacięcie okazało się zbędne. Czułam się jak królowa życia – silna, zdrowa, sprawna. Mama dwóch córek”.

Rzecz jasna, nie tylko one – matki-blogerki – są bohaterkami „Macierzyństwa bez lukru”, ale też ich dzieci – te, które skutecznie sprawiają, że matkom rozpływa się serce na ich widok oraz jeżą włosy na głowie, gdy coś zbroją. Jak pisze Małgosia Dawid – Mróz (manufaktura-radosci.pl): „Niemowlak to nauczyciel zen, jogi i trener fitness w jednym. Uczy spokoju, rozwiązywania konfliktów, empatycznego dostrzegania na pozór niewidocznych rzeczy, trenuje naszą wytrzymałość psychofizyczną i odporność na stres. Dzieje się to permanentnie, dzień za dniem, a nie raz w tygodniu podczas wymuszonej sytuacji warsztatowej”.

Kilka stron dalej autorka bloga pierwsza-zona.blog.pl pisze: „A najbardziej to lubię, gdy patrzę na nie, i pytam: SKĄD WY SIĘ WZIĘLIŚCIE?! A oni mi na to: Z NASIONKA. Z BRŹIUŚKA MAMUSI”.

Te i inne teksty sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem. A jak dowiadujemy się na samym końcu – druga część „Macierzyństwa bez lukru” nie oznacza, że nie będzie kolejnych. Autorki antologii zapowiadają, że jeszcze powrócą. Patrząc na cel oraz zainteresowanie tą antologią, nie ma się co dziwić. Jak pisze bowiem jedna z autorek: „Macierzyństwo to wielki uniwersytet życia. Kto go zaliczy, tego już mało rzeczy będzie w stanie zaskoczyć”.

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny, podziel się nim z innymi.
Pin It
Pozostań też z nami w kontakcie:
- Polub nasz fanpage na Facebooku, a będziesz na bieżąco z najnowszymi artykułami i ciekawostkami ze świata parentingu
- Śledź nas na Instagramie. Znajdziesz tam ciekawe akcesoria dla dzieci, wartościowe książki i relacje z miejsc, w których bywamy :)
- Zapisz się do naszego newslettera. Jako pierwsza/pierwszy otrzymasz dostęp do najnowszych artykułów, konkursów i różnorodnych bonusów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ