Pin It

Początkowo miało być tylko o tym jak kobiety korzystają z technologii, o nowych urządzeniach przydatnych w macierzyństwie i o blogach prowadzonych przez mamy. Dodatkowo jest o PANKs, generacji L, Instagramie oraz umieszczaniu fotografii dziecięcych w sieci. Rozmowa z Natalią Hatalską, ekspertem branży mediowo – reklamowej, mamą i autorką bloga www.hatalska.com.

„Żyjemy w świecie hybrydowym, ale tęsknimy za tym co analogowe” – mówiła Pani niedawno podczas konferencji infoShare. Czy jest coś analogowego za czym Pani tęskni?

Staram się mieć balans w całym swoim życiu i mimo, że jestem wielką fanką technologii, to jestem też równocześnie bardzo blisko świata fizycznego. Moje hobby to m.in. uprawianie ogrodu. Po ciężkim dniu pracy idę do ogrodu i grzebię w ziemi. Oprócz tego zbieram płyty CD, wywołuję zdjęcia i wklejam je do albumu. Świat analogowy jest mi też więc bardzo bliski.

I emocjonalny.

Zdecydowanie! Świat technologii spełnia nasze potrzeby racjonalne, a analogowy emocjonalne.

A jakie potrzeby można spełniać poprzez prowadzenie bloga?

To trudne pytanie, bo tak naprawdę każdy bloger zakłada bloga z innych pobudek. Jeden, aby wyrazić siebie; drugi, aby nawiązać kontakty; trzeci, aby spełniać swoje ambicje i marzenia. Każdy ma zupełnie inną potrzebę. Dla mnie blog to pasja, którą chciałam się podzielić z innymi.

Aktualnie można chyba zaobserwować, że w Polsce rośnie popularność blogosfery?

Tak, zwłaszcza  wśród reklamodawców, którzy zaczęli w końcu zauważać, że blogi są dobrą formą komunikacji z ich odbiorcami. Blogi dostrzegły też wreszcie marki FMCG. Wcześniej na blogach były bowiem obecne głównie marki technologiczne, dla których blogi mam czy lifestylowe, nie były targetem.

Wspomniała Pani o blogach mam, które zdaje się, że w polskiej blogosferze stanowią dosyć silną reprezentację, bo jest ich faktycznie bardzo dużo. Zdarza się Pani czasami czytać blogi o tematyce macierzyńskiej?

Oczywiście. Moje ulubione blogi to m.in. coslychacudziewczynek.blox.pl, drugie-notki-idyjotki.blogspot.com i od-rana-do-wieczora.blog.pl. Czytam je codziennie.

Co jest charakterystycznego w blogach prowadzonych przez mamy? Jak je Pani ocenia?

Pierwsza rzecz, która mi przychodzi do głowy to to, że są takie normalne, codzienne, zwyczajne. Dziewczyny piszą o problemach, które ja sama mam jako matka, o tym co, można robić z dzieckiem, o tym, co w macierzyństwie fajne i niefajne. Nie ma też w nich czegoś takiego, co nazwałabym „sadzeniem się”, bo blogerzy jako jednostki narcystyczne mają tendencję do rozbujałego ego. Tego ego na blogach mam zupełnie nie widzę. Myślę, że to wynika z tego, że blogerki mamy, są najpierw mamami, a później blogerkami, a kiedy człowiek jest rodzicem to jednak musi się trochę wyzbyć swojego egoizmu.

Coraz więcej badań wykazuje, że kobiety są zdecydowanie bardziej aktywnymi użytkowniczkami mediów społecznościowych czy smartfonów. Czy to skutecznie podważa stereotyp mówiący o tym, że technologią interesują się głównie mężczyźni czy jednak nadal jest on u nas mocno zakorzeniony?

Stereotyp na pewno jest mocno zakorzeniony. Całkiem niedawno miałam wystąpienie, podczas którego mówiłam o tym, jak kobiety korzystają z nowych technologii. O tym, że istnieją technologie, które kobiety wykorzystują jako pierwsze, albo częściej i bardziej intensywnie, niż mężczyźni. Jeden z uczestników, mężczyzna, nazwał mnie wtedy seksistką, co było dla mnie dosyć zabawne. Nie da się jednak ukryć, że istnieje wiele technologii, których kobiety są aktywniejszymi użytkowniczkami. To widać zresztą w komunikacji firm technologicznych. Nie bez przyczyny Microsoft czy Blackberry, promując swoje najnowsze produkty, zatrudnili w kampaniach właśnie kobiety – Jessicę Albę i Alicię Keys. Jedna i druga podkreślała, jak konkretny smartfon pomaga jej w codziennym życiu, łączyć pracę zawodową z byciem matką.

Czy są jakieś dziedziny, w których kobiety zaczynają stosować technologię szybciej niż mężczyźni?

Kobiety są liderkami, jeżeli chodzi o korzystanie z serwisów społecznościowych, a te z dziećmi także serwisów z grami online. Wynika to z tego, że kiedy kobieta zostaje z małym dzieckiem w domu (bo najczęściej tak jest przez kilka pierwszych miesięcy jego życia), to potrzeby kontaktów towarzyskich realizuje właśnie poprzez serwisy społecznościowe, a gry online to jej sposób na rozrywkę.

Matki i gry online?

Zdecydowanie. Gdy myślimy o grach komputerowych, to najczęściej pierwsze, co nam przychodzi do głowy to obraz nastolatka siedzącego przed komputerem. Okazuje się, że to kolejny stereotyp. Kobiety też chętniej wykorzystują GPS, e-readery.

Te wyniki z jednej strony mogą zaskakiwać, ale z drugiej są zupełnie naturalne, bo kobiety przecież zawsze korzystały z technologii. Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z Genevieve Bell, która jest antropologiem i bada wpływ technologii na nasze codzienne życie. Wspomniała ona o tym, że tak naprawdę to kobiety upowszechniły prąd w domach, bo to właśnie kobiety w swojej codziennej pracy korzystały z żelazka, kuchenki, zmywarki.poradniki ciążowe

Genevieve Bell uważa też, że wychowanie dzieci wciąż pozostaje jednym z ważniejszych obowiązków kobiet – ale wcale nie odcina ich to od technologii, a nawet do niej zbliża.

Pamiętam, że gdy zaczęła mi się akcja porodowa, to korzystałam z aplikacji BirthBerry, która mierzyła skurcze. Miała ona wbudowaną taką opcję, że kiedy ja miałam skurcz częstszy niż co 2 minuty, albo trwający dłużej niż 40 sekund, to aplikacja automatycznie wysyłała powiadomienia mailem mojemu mężowi. Kiedy po kilku godzinach pojechaliśmy do szpitala i lekarz zapytał, kiedy miałam ostatni skurcz, to pokazałam mu tabelkę. Pamiętam, że dziwnie wtedy na mnie spojrzał, ale ja miałam poczucie, że mam kontrolę nad tym, co dzieje się ze mną i moim ciałem. Technologie mi więc zdecydowanie pomagają.

A to nie jest trochę tak, że zawierzamy wszystko technologii i wyłączamy swoją naturalną czujność i intuicję?

Tak, choć to zależy od urządzenia. Gdy urodziłam dziecko, dostałam w prezencie  urządzenie, które należało przyciskać, kiedy dziecko było karmione, przewijane, kiedy spało itd. Nigdy go nie użyłam, bo miałam poczucie, że to ja powinnam wiedzieć, kiedy przebrać swoje dziecko, a nie opierać się na tym, co mówi mi maszyna. Jest też takie urządzenie, które „tłumaczy” płacz niemowlaka. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym go użyć, miałabym poczucie, że jestem strasznym rodzicem, skoro sama nie rozumiem, co oznacza płacz mojego dziecka. Ale nie oceniam też tych, którzy z tego korzystają. Zdaję sobie bowiem sprawę, że tak bardzo odeszliśmy cywilizacyjnie od natury, że nie potrafimy zaufać własnej intuicji. Myślę, że wynika to też z tego, że nie żyjemy już w rodzinach wielopokoleniowych. Kiedyś było tak, że babka przekazywała informacje matce, matka swojej córce itd. Ja np. jestem wielką orędowniczką karmienia piersią i myślę, że wiele kobiet  tak łatwo się poddaje i przechodzi na mieszankę, bo po pierwsze nie ma wsparcia, które jest szczególnie istotne, a po drugie nie widzi karmienia piersią ani w swoim najbliższym otoczeniu, ani w miejscach publicznych. To, co widzi natomiast, także w serialach, filmach, programach, to karmienie dziecka butelką. Dziś kobieta, która rodzi swoje pierwsze dziecko, najprawdopodobniej po raz pierwszy w życiu trzyma tak małe dziecko w rękach, po raz pierwszy ma do czynienia z przewijaniem, noszeniem. Nic dziwnego, że nie potrafi tego robić, nie czuje się pewnie, bo nigdy wcześniej nie miała możliwości ani tego obserwowania, ani przetestowania. Tutaj więc pojawiają się producenci, którzy oferują nam rzeczy, które z założenia mają nam pomóc być dobrym rodzicem. Chociaż z drugiej strony obserwuję też wreszcie swego rodzaju powrót do natury, m.in. Unia Europejska zaczęła akcję zachęcającą do karmienia piersią i zamieszczanie zdjęcia dziecka na mieszankach będzie niezgodne z prawem.  Ale to jest długi proces.

Jakie technologie w takim razie mogą być naprawdę przydatne w macierzyństwie?

Osobiście nie wyobrażam sobie życia bez smartfona. Ale każda z nas musi wybrać takie narzędzie, które pomoże jej w zarządzaniu własnym życiem.  Mimo, że jestem wielką fanką nowych technologii, nie jestem jednak zwolenniczką nadmiernego wyposażania dzieci w gadżety technologiczne. Ostatnio, będąc w restauracji, obserwowałam rodziców z dwoma bliźniaczkami, które miały ze sobą tablet. Przez cały obiad dziewczynki te, ani się do siebie nie odzywały, ani nie rozmawiały z rodzicami, siedziały tylko wpatrzone w to urządzenie. To nie jest coś, co popieram. Ostatnie badania mówią zresztą o tym, że ze względu na to, że ciągle wpatrujemy się w ekran smartfona czy tabletu, spada częstotliwość kontaktu wzrokowego z drugim człowiekiem. Aby nawiązać relację z drugą osobą, w ciągu trwania jednej rozmowy, średnio przez 60-70% czasu, trzeba patrzeć sobie w oczy. Badania wykazują, że dziś kontakt wzrokowy wynosi ok. 30-40% czasu, czyli dramatycznie spadł, co z kolei wpływa później na nasze funkcjonowanie jako jednostek społecznych.

Wiadomo, nie uciekniemy od tego, że nasze dzieci będą korzystały z technologii, ponieważ one urodziły się w świecie cyfrowym. Ostatnio czytałam też badania, z których wynika że co piąte dziecko w wieku od 2 do 5 lat potrafi uruchomić aplikację w smartfonie albo na tablecie, natomiast tylko 9% dzieci w tym wieku potrafi zawiązać sznurówki. Widać zatem, w którą stronę idą umiejętności naszych dzieci. Jednak my jako rodzice zdecydowanie powinniśmy też uczyć nasze dzieci umiejętności społecznych, więc w jakiś sposób konieczne jest ograniczanie korzystania z tych technologii, przynajmniej u trzylatków tych najmłodszych.

Całkiem niedawno pisała Pani na swoim blogu o PANKs (Professional Aunt No Kids) – kobietach, które same nie mają dzieci, ale są silnie związane z nimi jako ciotki, matki chrzestne, kuzynki. Skąd takie określenie?

Kobiet, które świadomie decydują się na nieposiadanie dzieci, jest dziś coraz więcej, ale to nie oznacza, że nie angażują się one w wychowywanie bliskiego dziecka w rodzinie. PANKs są atrakcyjne zwłaszcza z perspektywy marketerów, bo to często są te ciocie, które przyjeżdżają z prezentami, zabierają dzieci na wakacje, chodzą na zakupy i sięgają po wszystkie nowinki, które się pojawiają na rynku. To zdecydowana zmiana, bo wcześniej marketerzy komunikowali się głównie z rodzicami, a teraz dostrzegają, że pojawiła się inna grupa, do której też warto dotrzeć.

A kim dokładnie są Millennial Moms? Trafiłam ostatnio na takie określenie stosowane wobec kobiet urodzonych między 1978 a 1994 rokiem.

Przyznam, że nie znam tego określenia. Generacje, które dziś wyróżniamy  są określane jako X, Y, Z. Generacja Y bywa określana też jako generacja millenium, więc pewnie chodzi o mamy z tego pokolenia. Ja jednak nie jestem zwolenniczką definiowania grup docelowych demograficznie, ale behawioralnie. Przykładem może być np. Kuba Wojewódzki, który ma 50 lat i gdybyśmy chcieli docierać do niego wyłącznie na podstawie jego wieku, to należałoby mu pokazywać ubezpieczenia emerytalne i leki na prostatę. W rzeczywistości Kuba Wojewódzki funkcjonuje jak trzydziestolatek, czyli powinniśmy do niego docierać nie na podstawie daty jego urodzenia, ale na podstawie jego zachowania, aktywności, które podejmuje, sposobu spędzania czasu.

A co z generacją L – lazy, link, leads, like?

To właśnie jedna z generacji definiowanych behawioralnie. Ja nazywam ich generacją L, na Zachodzie często bywają określani jako lazy generation. Nie bardzo lubię to określenie, bo ma ono pejoratywne skojarzenia konotacje. Tu nie chodzi o to, że komuś czegoś się nie chce, ale o to, że  jesteśmy w ciągłym niedoczasie – nie mamy czasu zjeść śniadania, zajrzeć do książki, pójść na spacer, bo cały czas jest jakaś presja, coraz więcej informacji, coraz więcej rzeczy do zrobienia. Dotyczy to również matek, które cały czas są w pędzie. W związku z tym generacja L szuka takich dróg, które pozwalają im funkcjonować w świecie rzeczywistym, ale idąc trochę na skróty. I tak nie czytają całych artykułów, ale tylko leady. W efekcie produkują, dystrybuują i konsumują tzw. mikrokontent. Przykładem może być chociażby strona główna mashable.com, gdzie w ogóle nie trzeba wchodzić do artykułu, aby się nim podzielić ze znajomymi, czy rosnąca popularność aplikacji Vine, która umożliwia nam tworzenie krótkich sześciosekundowych filmików i dzielenia się nimi na serwisach społecznościowych. Aplikacja Summly wykorzystuje sztuczną inteligencję i na podstawie różnych algorytmów skraca nam artykuły, żeby można je było łatwo i szybko przeczytać na smartfonie. Tę aplikację zresztą dwa lata temu wymyślił 15-latek i w tym roku sprzedał ją Yahoo za 30 mln dolarów. To pokazuje, że dla dzieci świat technologii jest zupełnie naturalny. My musieliśmy się tego świata nauczyć, oni się w nim urodzili.

Wracając do rodzicielstwa. Firma Huggies skonstruowała ostatnio specjalny pas, którzy umożliwia mężczyznom odczuwanie ruchów dziecka, które jest jeszcze w brzuchu mamy. Co Pani o tym myśli?

Trend świadomego, aktywnego ojcostwa bardzo mnie cieszy, choć już sformułowania typu „jesteśmy w ciąży” albo „rodziliśmy” mnie irytują. Bycie w ciąży, rodzenie dziecka to jednak rola kobiety. To, co się zmienia, to fakt, że ojcowie bardzo mocno angażują się w wychowanie dzieci, że chcą kontaktu ze swoim dzieckiem od samego początku i całkiem nieźle im to wychodzi.

Powoli też mężczyźni zaczynają się dzielić swoim rodzicielskim doświadczeniem na blogach.

Tak, choć te blogi ojców, które znam, są o dzieciach niepełnosprawnych. Być może w ten sposób ojcowie próbują sobie pomagać, dzieląc się emocjami, albo też są nastawieni na działanie i dzięki blogowi będą mogli w jakiś sposób pomóc dziecku. Nie wiem jednak, czy tych blogów jest więcej czy mniej, bo te, które czytam na co dzień są pisane przez mamy.

Chciałabym nawiązać też do Instagramu, który coraz bardziej rośnie w siłę, a którego znaczenie podkreśla Pani na swoim blogu. Na czym polega fenomen tego serwisu?

Fatycznie, widzę ogromny potencjał Instagramu, a zwłaszcza tego, jak firmy mogą wykorzystywać ten serwis. To, co jest istotne to to, że Instagram jest bardzo blisko i daje możliwość zrobienia zdjęcia w danej chwili i z miejsca, do którego nie każdy będzie mógł dotrzeć. Marki faktycznie to wykorzystują, stosując tzw. strategię behind the scenes. Magazyn muzyczny Billboard na swoim profilu prezentuje np. zdjęcia gwiazd zza kulis, marka North Face natomiast publikuje zdjęcia z miejsc, do których normalny człowiek pewnie nie dotrze, np. ze szczytu Mount Everest o wschodzie słońca. A skoro już jesteśmy przy zdjęciach i serwisach społecznościowych, to chciałabym wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy związanej z rodzicami i dziećmi. Otóż rodzice bardzo intensywnie dzielą się zdjęciami swoich dzieci w serwisach społecznościowych. Czytałam ostatnio, że 25% kobiet wrzuca na Facebooka zdjęcia swoich dzieci, kiedy są one jeszcze w brzuchu. Inne badanie mówi, że 80% dwulatków ma już swoje cyfrowe ślady, czyli w sieci można znaleźć ich zdjęcie, imię i nazwisko, część z nich ma już założony adres mailowy. Zawsze zwracam na to uwagę, ponieważ część rodziców nawet nie ma świadomości tego, że np. nie mają ustawień prywatności i ich profil na Facebooku jest całkowicie otwarty, a zdjęcia, które wrzucają, aby się pochwalić swoim dzieckiem, są dostępne też dla innych. Nie chciałabym nikogo straszyć, ale jako rodzice musimy mieć stałą świadomość tego, że istnieje pedofilia i jeżeli nie mamy zabezpieczonego profilu, to te zdjęcia mogą być dowolnie wykorzystane i mogą znaleźć się w różnych miejscach. Niedawno Fundacja Dzieci Niczyje przeprowadziła świetną kampanię pod hasłem „Pomyśl zanim wrzucisz”. W ramach tej kampanii wydrukowano ulotki z autentycznych zdjęć dzieci zamieszczonych w sieci na wzór ulotek prostytutek i umieszczono je za wycieraczkami samochodów. Musimy pamiętać, że wszystko, co wrzucamy do sieci, tam zostaje. Nie mamy więc gwarancji, że ktoś nie wyciągnie za 20 lat zdjęcia, które dziś nam się wydaje śmieszne, bo dziecko siedzi na nocniku, a w przyszłości to samo zdjęcie dla tego dziecka może być kompromitujące.  Komisja Europejska pracuje właśnie nad czymś takim, jak prawo do zapomnienia. Prawo to ma polegać na tym, aby każdy z nas miał możliwość usunięcia na zawsze czegokolwiek, co zamieściliśmy kiedyś w sieci. W praktyce jest to jednak niemożliwe, bo skoro już raz wrzuciliśmy coś do internetu, to nie mamy gwarancji, czy ktoś tego nie skopiował na swój komputer i za kilka lat nie będzie chciał tego ujawnić. Jeżeli więc chodzi o nasze dzieci, to naprawdę musimy bardzo o to dbać, bo to jest kwestia po pierwsze ich bezpieczeństwa, a po drugie ich wizerunku, kiedy będą starsi.

Prowadzi Pani bloga, wykłady, jest Pani zapraszana do wielu miejsc jako ekspert, prelegent na konferencjach, zasiada Pani w jury różnych konkursów – jak się udaje to wszystko godzić z macierzyństwem?

Nie ukrywam, że jest to trudne. Bardzo pomaga mi moja mama, która opiekuje się moim dzieckiem wtedy, gdy ja jestem w pracy. Druga sprawa – pracuję z domu, więc jest to naprawdę super, że w każdym momencie, gdyby cokolwiek się działo, jestem blisko. Oczywiście są też takie momenty, jak niedawno, kiedy miałam w pracy tzw. maraton i moje dziecko chowało się u mnie pod biurkiem, mówiąc mi w ten sposób, że chce być ze mną. Inna rzecz jest taka, że jak już kończę pracę, to wtedy tylko zajmuję się swoim dzieckiem. Nie wiem, czy określenie, że nie liczy się ilość, tylko jakość, jest prawdziwe. Myślę, że liczy się i jedno, i drugie, a tej ilości pewnie powinno być zdecydowanie więcej, ale kiedy już jesteśmy razem, to wtedy staram się nie sprawdzać maili, nie odbierać telefonów. Bycie matką w dzisiejszych czasach jest zdecydowanie trudniejsze niż było to np. w latach 70.-80., kiedy kobiety pracowały do 15:00, nie były tak zorientowane na karierę oraz na spełnianie swoich ambicji, kiedy nie wymagano od nich bycia jednocześnie dyspozycyjnym pracownikiem oraz świetną matką. Praca, ambicje są ważne, ale z drugiej strony życie bez dziecka jest bardzo puste.

Bycie mamą jest znacznie trudniejsze ze względu na karierę, czy jest w tym coś jeszcze?

Wiadomo, że każda kobieta sama decyduje, co chce w życiu robić. Naprawdę bardzo podziwiam te kobiety, które chcą być tylko matkami, zajmują się domem, dziećmi. Ale jest też dużo kobiet, które mają silną potrzebę realizowania samych siebie. Problem jest taki, że kobiety stawiają sobie bardzo wysoko poprzeczkę, bo chcą być idealne na wszystkich wymiarach, a to jest po prostu niemożliwe. W niektórych momentach trzeba po prostu sobie odpuścić, nie da się wszystkiego pogodzić.


Masz swoją stronę, albo piszesz bloga i chciałabyś na tym zarabiać? Skorzystaj z możliwości jaką daje Tradetracker – sprawdź o co chodzi.

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny, podziel się nim z innymi.
Pin It
Pozostań też z nami w kontakcie:
- Polub nasz fanpage na Facebooku, a będziesz na bieżąco z najnowszymi artykułami i ciekawostkami ze świata parentingu
- Śledź nas na Instagramie. Znajdziesz tam ciekawe akcesoria dla dzieci, wartościowe książki i relacje z miejsc, w których bywamy :)
- Zapisz się do naszego newslettera. Jako pierwsza/pierwszy otrzymasz dostęp do najnowszych artykułów, konkursów i różnorodnych bonusów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ